czwartek, 7 lutego 2019

Niezwykła istota w moim życiu.

14 sierpnia 2016 roku na moim Facebooku pojawiła się informacja z TV 24 o porzuconym kocie w zaklejonym pudle, bez dostępu powietrza. Przepiękny rudy duży kot, piękne oczy, piękna sierść. Byłam już posiadaczką mojego Kotka i  przyjaciela, i nie planowałam innej adopcji, ale kiedyś spojrzałam na zdjęcie tego pięknego kota' nie miałam najmniejszych wątpliwości, wiedziałam że on będzie mój. Kot znajdował się na Paluchu w Warszawie. Pojechałam tam żeby go zabrać. Niestety był już na siedmiodniowej kwarantannie i musiał wytrzymać jeszcze 7 dni. Kot był w okropnym stanie, tragedia. Załamany psychicznie. Zrozpaczona musiałam wrócić do domu i czekać . Patrzyłam na zdjęcie w internecie i ze łzami w oczach błagałam go aby wytrzymał. Wolontariuszka która tam była wspierała go.
 22 sierpnia pojechałam po moje szczęście a  za chwilę okazało się, że za mną przyjechały następne osoby po niego. Nazwałam go Słonko, bo to było prawdziwe dla mnie Słonko. Taki złoty kociak. Po powrocie do domu okazało się, że ma katar a ja mam w domu swojego kota i jeszcze jednego gościnnie. Wystraszyłam się i od razu udałam się do weterynarza. Przez parę dni robiłam mu zastrzyki i wszystko przeszło. Zaczęło się poznawanie siebie wzajemnie.
Słonko nie chciał jednak reagować na to imię, najwyraźniej nie podobało mu się. Widać było że jest bardzo dobrze wychowany, musiał być wcześniej bardzo zadbany i podejrzewałam, że pewnie zmarła jakaś osoba, a rodzina go po prostu wyrzuciła. Jak można wyrzucić takie piękne szczęście.... to nie wiem i odpowiedzi już nie znajdę. Szkoda że nie zostawili jakiejś informacji wkładając go do pudła .
Pewnego dnia widząc że nie chce reagować na swoje imię zawołałam imię Oskar. Kociak natychmiast odwrócił się na dźwięk tego imienia i tak zostało . Oskar Słonko uczył się wszystkiego, bo nie miał zwyczaju wchodzić na kolana, nie miał zwyczaju miziania,  nie miał zwyczaju wchodzenia na kanapę. Wszystkiego go nauczyłam. Był bardzo mądry, inteligentny i bardzo sprawiedliwy, co pokazał wielokrotnie w zachowaniu między kotami. Obserwował zachowanie mojego starszego kotai  próbował przejąć władzę, chociaż z początku przyjął zasadę kociej hierarchii. Próbował przejąć władzę ponieważ miał większą charyzmę niż mój Kotek. Udało mu się trochę go zapędzić w kozi róg, ale Kotek nie oddał władzy i tylko od czasu do czasu moje rude szczęście pokazywało jaki to z niego macho.
Za jakiś czas zaobserwowałam, że Oskar chudnie, traci apetyt, mniej oddaje moczu, więc popędziłam do lekarza, i ku mojemu przerażeniu okazało się, że kreatynina jest dosyć wysoka . Inne wyniki też pozawyżone. Nauczyłam się robić kroplówki podskórne, nauczyłam się robić zastrzyki i ratowałam kociaka.  Nawet udało mu się trochę przytyć, bawić się , ale już od początku choroby przeszedł na dietę renaleową. Obawiałam się że ta dieta nie zostanie przez niego zaakceptowana, ale jakoś przeszła.Jjego stan zdrowia trochę mnie uśpił Zajęłam się nową pasją malowanie obrazów oczywiście nie zaniedbując Szkotów ale podstępna choroba tak zniszczyła nerki że podawane przeze mnie kroplówki okazały się chyba za mało skuteczne kreatynina była tak wysoka że nie mogłam pogodzić się z tym że z dnia na dzień mój kot stracił siły a ja trafiłam rozum bo miłość do niego śmiało mogę przyrównać do miłości małego dziecka takiego synka kochanego walkę przegrałam nie chciałam się zgodzić na eutanazję o ryczałam biłam się z bólu krzyczałam na Boga wysłałam co tylko się dało błagałam o pomoc wszystkie niebiosa na próżno nie doczekałam się cudu jedynym cudem był Oskar nie wiedziałam że tak można pokochać zwierzaka Nawet trudno mi się mówić i zwierzaka bo to była moja najukochańsza istota Oskar odszedł i wraz z nim cała moja radość cała moja nadzieja niechęć żeby cokolwiek dalej robić takie szczęście nie trafia się co dnia boleje nad tym że nie uratowałam tych nerek boleje nad tym że on nie za walczył o siebie po raz drugi minęło kilkanaście dni od jego śmierci odszedł 4 grudnia a ja z wielką trwogą patrzy na jego zdjęcia i nie do wiary że go nie ma Kiedy patrzę na zdjęcia W których Trzymam go w ramionach mówię Ale byłaś szczęściarą niech dusza mojego Oscara wróci do mnie bo to była piękna dusza będę żyła tak długo żeby się doczekać jego i żeby go wychować 100 razy mądrzejsza niż wczoraj

Dusze zwierząt


Jest około roku 1957. Mała dziewczynka w wieku około trzech lat słyszy rozmowę matki, która  oznajmia komuś, że idzie zabić prosiaka.  Matka wychodzi z mieszkania, pozostawiając dwie małe córki same w mieszkaniu. Starsza córka ma około pięciu lat. Mieszkają w Cechówce na poddaszu, na ulicy 3 Maja. Ich okno z izby wychodzi na podwórze.
W pewnej chwili ciszę przedziera wrzask i krzyki zwierzęcia,  uderzenie i potem tylko lekki pomruk. W świadomości najmłodszej dziewczynki zapisała się ta chwila na zawsze.
Ta i następna, która okazała się traumą na całe życie i przykrym doświadczeniem. Otóż, w pewnym momencie do mieszkania wbiegła jakaś kobieta z miską, którą pozostawiła na podłodze wraz z jej zawartością, a która to zawartość  przyciągnęła wzrok dziewczynki. Bez wątpienia doszło do niezwykłego, ale i przerażającego spotkania trzeciego stopnia, bo wbity wzrok  dziecka w tę ciemną mazię sam za siebie mówił. Dziewczynka  patrząc na bardzo nieprzyjemną, ciemną  zawartość miski doznała nieprawdopodobnego szoku i lęku, gdyż z nad miski powoli unosiła się ciemna, ociekająca bólem i rozpaczą postać łba,głowy, jakby wołająca o pomoc, jakby chciała wykrzyczeć ból, jaki jej sprawiono. Z pewnością ten krzyk był słyszany tylko  przez  to małe dziecko i był do takiego stopnia przeraźliwy, że dziewczynka w jednej chwili wybiegła zmieszkania i pokonując strome, drewniane  schody zeszła  w strachu na czworaka, gdyż to przeżycie obezwładniło jej zachowanie równowagi. Kiedy wypadła na podwórko wpadła na drugi, nie mniej miły widok, widok rozciętego, wypatroszonego prosiaka, zawieszonego za nogi na jakieś belce szopy.
Jakby tego było mało, mężczyzna dzierżący duży nóż w ręku straszył dziewczynkę, że jak nie odejdzie, to ją zaszyje w środku prosiaka. Po tym co już zobaczyła, nie trudno było sobie wyobrazić i taką sytuację.  Dokąd w takim razie uciec, skoro na górze i na dole tak straszno??
Kiedy po latach opowiadała matce to wspomnienie, zapytała  ją, co to było wówczas w tej misce, że tak dobrze pamięta to wydarzenie, jakby to wczoraj było.
Matka nie mogąc uwierzyć, że jej córka pamięta tę historię wyjaśniła, że po zabiciu zwierzaka kobieta pomagająca przy świniobiciu  wniosła do mieszkania miskę z krwią. 
Dopiero jako osoba dorosła, interesująca się duszami ludzkimi miała dowód na to, że po zabiciu zwierzęcia... jego dusza pod postacią niskiego szczebla rozwoju  unosiła się wówczas, jak opar znad miski. To był przejmujący krzyk duszy, który skarżył się na to co ją spotkało.
 Jeśli się temu faktowi przyjrzymy bliżej, to  należy zrozumieć, że ta cierpiąca dusza trafiła pod właściwy adres, wybierając  to dziecko, gdyż w późniejszych latach sytuacja powtarzała się, ale z duszami ludzi zmarłych lub  odchodzących za moment. Dusze wiedzą kto jest dobrym medium i do niego przybywają, ich wybierają.
Po latach, ilekroć kobieta wchodziła do sklepu i widziała poćwiartowane mięso, rezygnowała z kupna, a nawet przez pięć lat w ogóle nie jadła żadnych wyrobów. Zawsze widziała w każdym prosiaku czy innym mięsie tę nieszczęsną duszę, która z jakiegoś powodu jej się wówczas ukazała.
Niestety, nikt nie jest w stanie stanąć w obronie zwierząt i żądać zakazu zabijania. Każdy zostanie zignorowany i wyśmiany, ale skoro takie zjawisko istnieje i jest faktem, to znaczy że i taka forma  rozwoju też cierpi i odczuwa krzywdę, ale większość woli  lepiej nie wiedzieć i  nie wierzyć w takie historie……

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Mój ukochany kot Oskar

14 sierpnia 2016 roku na mojej stronie Facebooka pojawił się artykuł TV 24 o porzuconym kocie w zaklejonym pudle bez dostępu powietrza. Wówczas już miałam 12 letniego kota mojego przyjaciela i nie planowałam żadnej adopcji, Jednak na widok tego pięknego porzuconego kota o pięknej złoto miedzianej sierści i pięknych zielonych oczach pojechałam po niego  na następny dzień do schroniska na Paluchu w Warszawie. Niestety kot przebywał na kwarantannie od 7 dni i musiał jeszcze pozostać kolejne 7, ale jego stan był tak ciężki, że mała była nadzieja że on z tego wyjdzie. Kot załamał się psychicznie i  wpadł w depresję. Przez 7 dni patrzyłam na zdjęcie z internetu i ze łzami w oczach błagałam go, aby wytrwał. Wolontariuszka robiła wszystko co mogła aby kot stanął na nogi. Dzięki pani Basi 22 sierpnia przyjechałam po mojego pięknego, rudego kota a za mną za chwilę kolejka po niego. Jechałam do domu szczęśliwa i dumna. Wiedziałam co mnie czeka, bo żyjąc w klatce i robiąc niemal pod siebie nie wyglądał ciekawie i nie pachniał ciekawie. Po przyjeździe do domu okazało się szybko że kicha, co jest bardzo częstym objawem po zabraniu kotów ze schroniska. Siada im odporność. Byłam trochę przerażona żeby nie zarazić kotka oraz przechowywanego u mnie czasowo brytyjczyka. Ruda piękność dostała na imię Słonko. Całe szczęście że po czterech dniach katar ustąpił i mógł chodzić po całym mieszkaniu. Uczyliśmy się wzajemnie siebie. Słonko był kotem bardzo dobrze wychowanym i podejrzewam że pewnie zmarła jego właścicielka, która bardzo dobrze o niego dbała, a rodzinie po prostu przeszkadzał . Okrutne to , ale mogli przynajmniej włożyć jakąś kartkę informacyjną.
Robiłam wszystko żeby zapomniał o przeszłości. Słonko nie wchodził na kanapę,nie wskakiwał na kolana, nie był miziasty . Zachowywał się z dystansem. Powoli pokazałam mu miłość, pokazałam że ma prawo wejść na kanapę, że na kolana też może wskoczyć i się przytulić. Nauczył się tego. Najpiękniejsze było to,  że zachowywał kocią hierarchię, bo był najprawdopodobniej młodszy o połowę od Kotka. Kiedy nabrał już pewności siebie podejmował próby przejęcia władzy, ale wszystkie kończyły się fiaskiem, chociaż nie brakowało mu wielkiej pewności siebie i nieraz zapędził Kotka w kozi róg. Najważniejsze, że nie atakował , ale potrafił pogrozić. Ppo paru miesiącach okazało się że Słonko nie chce tego imienia i nie reaguje na nie. Przez przypadek zawołałam do niego Oskar i natychmiast był reakcja,  odwrócił się na to imię .... a więc został Oskar - Słonko. W maju w roku 2018 zauważyłam że Oskar chudnie i robi się apatyczny. Udałam się do weterynarza i okazało się,  że ma sporo podwyższoną kreatyninę a to już jest wyrok. Walczyłam dając mu kroplówki, robiąc zastrzyki i zmienioną karmę na Renal. Cierpliwość została nagrodzona, bo Oskar nabrał sił , nawet przytył trochę i niestety ....to trochę mnie zbiło z pantałyku.  Zajęłam się nowym hobby - malowaniem obrazów i przeoczyłem jakiś sygnał niewydolność nerek u niego. To nie  musi być zaraz wyrokiem śmierci, ale wszystko zależy od tego,  jak są zdegradowane. Może też i lekarka dpuściła trochę temat, bo już na samym początku powiedziała że to jest wyrok,  w co ja nie uwierzyłam. Niestety, pod koniec listopada zauważyłam nawrót choroby . Walczyłam z całych sił, błagałam Oskara żeby walczył też, nauczyłam się robić kroplówki dożylne i  zastrzyki dożylne. Uchwyciłam się tak wiary, że on wygra, że to niemożliwe żeby jego zabrakło ! Ale niestety,  przegraliśmy to. Myślałam że odejdę od zmysłów, bo ten cud jaki mi się trafił był jedynym cudem i żadnego innego nie wymodliłam, nie wy krzyczałam, nie wyłagałam. 4 grudnia nie mogłem już patrzeć na agonię. Ja-  wróg eutanazji - poprosiłam o pomoc w jego odejściu, bo już nie wiem co było okrutnejsze.
Z bólu z rozpaczy zapomniałam o całym świecie. Mój ukochany przepiękny rudy kot, mój piękny Oskar,  moje piękne zielone oczy już na mnie nie spojrzą, już nie przytulę jego,  wchodząc do mieszkania nie będzie na mnie w progu czekał. Ból nie do zniesienia! Zrobiłam 9 fotografii i porozwieszałam wszędzie po mieszkaniu, żeby nie czuć tej pustki, ale niestety nie pomogłam sobie tym. Nawet Kotek który przez te dwa i pół roku prawie nie pałał do niego sympatią....zrobił się markotny. On zorientował się że Oskar odszedł. Odeszło moje wielkie szczęście tak jak przyszło i nic jego nie zastąpi. Nic nie wypełni jego pustki. Straciłam przepiękną istotę,  mądrą , kochaną i wrażliwą.
Jeżeli ktoś powie że koty nie czują, nie myślą nie analizują, to jest w wielkim błędzie.....albo ja naprawdę trafiłam na cud.

niedziela, 17 maja 2009

jak zamknąć przeszłość?

Mam 55 lat i 30 letnią jedyną córkę. Już od 12 roku życia w zeszytach znalezionych gdzieś za szafką, na kartkach papieru odnajdywałam "twórczość " na mój temat. Były to nieprzyjemne spostrzeżenia mojej córki, z którymi nie wiedziałam co zrobić. Nie był to pamiętnik, do którego wiadomo że nie miałabym prawa zaglądać, ale luźno skreślone słowa, w żaden sposób nie zabezpieczone, na kartkach różnych zeszytów. Skóra mi cierpła, ale cierpiałam skrycie i łzy wylewałam myśląc że to młody, głupi wiek. Byłam tam tak oczerniana, że mocno zastanawiałam się czemu to ma służyć.Czasami w rozmowie poruszałam delikatnie te tematy i nawiązywałam do wyrządzania krzywdy komuś i sobie -pisząc takie słowa,które mogły w łatwy sposób być przeczytane przez kogokolwiek. Byłam mocno przestraszona tym, w jaki sposób moja ukochana córka postrzega mnie i odbiera. Wychowywałam ją sama i była całym moim światem.Oczywiście, że narobiłam masę błędów, ale nigdy nie naraziłabym mojego dziecka na niebezpieczeństwo, na jakie mnie narazili rodzice.Nie ukrywałam przed córką, że chciałabym stworzyć nam rodzinę, ale coś mi nie wychodzi, a na siłę nie będę z nikim żyć, żeby coś udowadniać.
Robiąc porządki po wyprowadzeniu się córki, znów natknęłam się na kolejne zapiski. Rozstałyśmy się w gniewie, bo jako 22 letnia dziewczyna nie pomagała mi finansowo w gospodarstwie domowym a każdą pracę szybko traciła.Niestety odnosiła się dość lekceważąco do chlebodawców, choć ci byli dość wyrozumiali. Przy najbliższym spotkaniu córka podała wersję, że chce pożyć na własny rachunek. Wspierałam ją i podzieliłam się tym, czym mogłam. Niestety za plecami doszło do mnie, że poskarżyła się do księdza (winowajcę zła) iż wyrzuciłam ją z domu bez ubrań i pieniędzy, co nie było prawdą. Walczyłam o córkę jak mogłam, bo czułam że wpadła w szpony księdza bardzo nieodpowiedzialnego!. Sześć lat umierałam ze strachu i rozpaczy nie wiedząc gdzie jest moja córka. Czasami pojawiła się, ale ja zaczęłam się jej bać. Biegała z biblią w ręku a w sercu Wieża Babel.Koleżanki córki donosiły, że moja córka chce iść do zakonu. (Nie jestem katolikiem i nie jestem związana z żadną religią)Któregoś wieczoru spotkałam córkę na ulicy z chłopakiem, trzymających się za ręce. W dniu ślubu poprosiłam córkę, że zanim ją pobłogosławię, poproszę o wybaczenie za to, co złego w jej życiu zrobiłam. Przyjęła to i wybaczyła. Ja po cichu, w duchu też.Myślałam, ze koszmar skończył się, tym bardziej, że wcześniej miałyśmy okazję sobie porozmawiać i miała okazję zobaczyć, że świadoma jestem popełniania różnych błędów wychowawczych. Przyznawałam się do osób trzecich w czasie spotkania z nią o swoich potyczkach, ale każdy wiedział, że dbałam o córkę i mogła zawsze na mnie liczyć. Może nawet byłam zbyt opiekuńcza?! Niestety koszmar wraca w listach i córka teraz będąc w ciąży znów oczekuje wyjaśnień i znów mnie szantażuje zerwaniem więzi, bo ona nie może poradzić sobie z bólem przeszłości. Nie wiem co mam zrobić, bo ulepiła mnie według własnej wizji a ja jestem zupełnie innym człowiekiem, zwłaszcza teraz, gdy weszłam w nowa rolę: teściowej i przyszłej babci. Tak daleko zawędrowałam umęczona chorobami serca, nadciśnieniem,depresją czy niedoczynnością tarczycy,nie mając u boku ani przez chwilę najdroższej osoby, a jedynie obcych, życzliwych ludzi, a tu...... znów wraca koszmar przeszłości. Czego kościół uczy, jeżeli ona będąc po studiach teologicznych nie może patrzeć na mnie kiedy jestem radosna,optymistyczna i wyrozumiała. Mój przyjaciel kiedyś mi powiedział: czego nie możesz zmienić-zostaw to w tym miejscu, co możesz - zmień. Tego się trzymam, bo to bardzo prosta i sensowna rada. Zawsze za popełniony błąd przeproszę i nieba uchylę, by naprawić krzywdę, ale nie można bez końca wracać do spraw, bo to przechodzi w znęcanie się. Jak wytłumaczyć mojej ciężarnej córce, że jej obecny stan nie jest najlepszym okresem na roztrząsanie starych ran, a poza tym uważam, że w dniu ślubu zawarłyśmy przymierze. Co ta istota chce mi znów odebrać? Radość bycia babcią? Co psychologia na to?